Posts Tagged ‘informacje’

- Najbardziej uderzyło mnie to, że łagry zostały po prostu porzucone. Ludzie je opuścili i zostawili takie, jakie były. Na Zachodzie obozy zagłady albo niszczono, albo przekształcono w muzea, by przypominały o horrorze przeszłości. A na Syberii one po prostu są – mówi portalowi INTERIA.PL brytyjski pisarz-podróżnik Colin Thubron, który tajemniczą i owianą złą sławą, ale tak naprawdę nie do końca poznaną, część świata opisał w fascynującej książce „Po Syberii”.Picie wódki po rosyjsku, Irkuck /fot. Maksymilian Rigamonti /REPORTER

Colin Thubron (urodzony w 1939 r. w Londynie) jest jednym z najbardziej znanych i utytułowanych brytyjskich pisarzy-podróżników. Na swoim pisarskim koncie ma kilkanaście książek o wyprawach na Bliski Wschód, do Azji Środkowej i Wschodniej oraz Rosji. W 2008 r. „The Times” zaliczył go do grona pięćdziesięciu największych powojennych pisarzy brytyjskich. Thubron za książkę „Behind the Wall: A Journey through China” otrzymał Nagrodę im. Thomasa Cooka oraz najstarszą brytyjską nagrodę literacką – The Hawthornden Prize. „Po Syberii” zostało wyróżnione natomiast francuską Nagrodą im. Nicolasa Bouviera. Brytyjczyk jest uważany za jednego z nielicznych już podróżników-dżentelmenów: doskonale wykształconych, kulturalnych i obytych w świecie obieżyświatów, którzy nierzadko poświęcają kilka lat, by poznać język, kulturę i ludność krajów, które chcą opisać. Thubron, w uznaniu dla całego dorobku, otrzymał Medal Lawrence a z Arabii, Nagrodę Szkockiego Towarzystwa Podróżniczego oraz tytuł komandora Orderu Imperium Brytyjskiego. Od 1969 roku jest członkiem Królewskiego Towarzystwa Literackiego, a od 2010 – jego przewodniczącym.
Książka „Po Syberii” jest pierwszą pozycją autorstwa Colina Thubrona, która ukazała się w języku polskim. Wydawnictwo Czarne, które ją wydało, już zapowiedziało prace nad tłumaczeniami kolejnych dzieł Brytyjczyka.

Marcin Wójcik, INTERIA.PL: Ile wódki wypił pan w trakcie podróży przez Syberię?
Colin Thubron: – Nawet nie chcę liczyć (śmiech). W Rosji, jeżeli nie pijesz, ludzie są gotowi pomyśleć, że nie chcesz się z nimi zaprzyjaźnić. Po prostu psujesz im zabawę. W Anglii nie pijam tyle alkoholu, więc na Syberii często byłem pijany.
Jak więc udało się panu napisać tak świetny reportaż podróżniczy?
- Na szczęście, nie byłem na rauszu cały czas. Zwykle starałem się zachować przytomność umysłu i czasami, kiedy nikt nie patrzył, wylewałem wódkę na podłogę. Oczywiście, jest to w Rosji oznaką bardzo złych manier, ale nierzadko ratowało mnie to przed wypiciem sporej ilości wódki. Znacznie gorzej było z toastami, w trakcie których na Syberii należy opróżnić kieliszek do dna. Najgorzej, kiedy po skończeniu jednej butelki wódki, ktoś się ocknie z nowym toastem i zaczyna się rozlewanie kolejnej butelki.
Dlaczego ludzie na Syberii piją tak dużo?
- Picie wydaje się powszechne dla społeczeństw żyjących w zimnym klimacie – chodzi nie tylko o Rosjan. Dużo piją też Finowie czy Szwedzi. Myślę, że wynika to z faktu, że życie w takich warunkach jest bardzo ciężkie. Tam jest po prostu tak zimno, że trzeba się jakoś rozgrzać. Ale Rosjanie mawiają, że nie piją dla smaku, tylko by zapomnieć.
O czym chcą zapomnieć?
- Przede wszystkim o nudzie, biedzie, braku możliwości realizowania siebie i spełniania swoich potrzeb. Niestety, picie wódki w Rosji to tak naprawdę złożony system – wszyscy to robią i wszyscy robią to razem, tak dla towarzystwa. Często przez kilka dni. A to dlatego, że jest to jedna z ich nielicznych rozrywek, często jedyna. W Rosji trzeba mieć naprawdę mocny charakter, by odmawiać picia wódki. Jeżeli nie pijesz, możesz urazić tych, którzy ci to proponują. Być może właśnie dlatego odsetek ludzi, którzy zapijają się tam na śmierć jest tak duży.
Przeczytaj fragment "Po Syberii"! „Człowiek w kajdanach zawsze przemierzał te pola lodowe. Być może gdzieś dalej sunie stado reniferów albo myśliwy rzuca cień na śniegu. Ale nic więcej. Syberia: zajmuje jedną dwunastą powierzchni lądu na Ziemi, a mimo to nie zostawia żadnych pewniejszych śladów w umyśle. Ponure piękno i niezatarty lęk” – pisze Colin Thubron w książce „Po Syberii”, której fragment publikujemy poniżej. Co tak naprawdę znaczy „Syberia”?
- Jest to sporna kwestia, bo istnieje wiele koncepcji pochodzenia tej nazwy. Jedna z nich mówi, że „Syberia” pochodzi od złożenia tatarskiego „sibir”, co oznacza „śpiącą krainę” i mongolskiego „siber”, który tłumacz się jako „czysty, piękny”. Syberia jest więc niepoznanym, surowym pięknem.
A co Syberia znaczy dla ludzi tam żyjących?
- Dla Rosjan Syberia oznacza dwie rzeczy. Pierwsze skojarzenie jest takie samo, jakie ta część świata wzbudza u nas, ludzi z Zachodu: Syberia, czyli gułag. To wynika z zaszłości historycznych. W XIX w. na Syberię zsyłano kryminalistów, dysydentów i wszelkiej maści wyrzutków społecznych. Przede wszystkim dlatego, że car chciał, by zachodnia część Rosji była wolna od ludzi, którzy mogli zagrozić jego władzy. Zesłani na Syberię mieli tam pracować, a raczej zapracowywać się na śmierć, w łagrach.
- Po drugie, Syberia jest uważana przez Rosjan za ziemię niewinności, czystości. To z kolei pomysł komunistów, który wywodzi się – ich zdaniem – z walki z imperialistycznym Zachodem. Syberia miała być właśnie tym, czym Rosja chciałaby być: ziemią wolną od wpływów dekadenckich czy zachodniej kultury. Miała być czysta i silna. Właśnie tak przejawia się ta część rosyjskiej mentalności, która mówi o tym, że prawdziwa Rosja jest tam, gdzie jest Syberia.
Colin Thubron /fot. Marcin WójcikRzeczywiście tak jest?
- Nie wydaje mi się. Syberia jest inną Rosją. Na pewno bardzo biedną, zwłaszcza od czasów Michaiła Gorbaczowa. Wtedy upadły kołchozy, tak jak i istnieć przestały małe, odizolowane od świata, wioski na dalekiej północy. Przez cały czas ich istnienia były one de facto utrzymywane przez komunistyczną władzę, a po zmianie ustroju nie dźwignęły się już z upadku.
- Nie wydaje mi się także, by istniało na Syberii miejsce, gdzie lokalna społeczność odniosła sukces. W trakcie mojej podróży miałem nadzieję znaleźć tam miejsca, lub chociaż ślady takich miejsc, gdzie nastąpiła duchowa przemiana. Owszem, ludzie po upadku komunizmu są bardziej samowystarczalni, ale żadna przemiana nie nastąpiła. W malutkich wioskach spotkałem ludzi, którzy marzą o tym, by przenieść się do miasta. Przede wszystkim dlatego, że życie w takich odizolowanych miejscach jest coraz cięższe z powodu braku pracy, rozsypujących się domów czy generalnie malejącej populacji takich wiosek – tak naprawdę, gdy nie masz sąsiadów, nie masz co liczyć na pomoc w nagłych wypadkach. Natomiast mieszkańcy takich miast, jak Chabarowsk, Krasnojarsk czy Władywostok uważają, że tam też źle się dzieje i chcą wyjechać do Moskwy. A stamtąd pewnie chcieliby wyjechać do Ameryki… Na Syberii ludzie zawsze są niezadowoleni.
Ile ludzi żyje na Syberii?
- Do końca tego nie wiadomo, szacuje się, że 30 mln. Ale populacja zmniejsza się m.in. z powodu alkoholizmu, chorób i emigracji do zachodniej części Rosji. Generalnie, cała populacja Rosji maleje.
Pytam pana o populację Syberii nie bez przyczyny. Czy wie pan ile osób zostało, na przestrzeni lat, zesłanych na Syberię, de facto skazanych na śmierć?
- To bardzo kontrowersyjny temat. Statystyki zmieniają się cały czas. Największe liczby mówią o 20 mln zesłanych osób, najmniejsze – o 2 mln. Wydaje mi się, że obecnie ta sprawa coraz mniej zajmuje uwagę ludzi. Ja raczej staram się nie podejmować tego tematu. Ofiar było bardzo dużo.
Zobacz także Na ogromnej powierzchni Syberii czuć odór mamuciego nawozu. Wieczna zmarzlina topnieje i odsłania szczątki zwierząt, a także roślin, które były uwięzione przez dziesiątki tysięcy lat.

Myśli pan, że Syberia od zawsze była traktowana jako rodzaj pewnego śmietnika, gdzie wyrzucało się zbędnych ludzi?
- Tak właśnie było. Zaczęło się to w XIX wieku. Na początku byli to pospolici przestępcy, którzy docierali tam na własnych nogach, często skuci łańcuchami. Wówczas, taki sposób traktowania kryminalistów był czymś nadzwyczaj normalnym. W Rosji kara śmierci była rzadko stosowana, w przeciwieństwie do kary wygnania. Na Syberię zsyłano również dysydentów. Przeciwnikami caratu byli głównie arystokraci, ale oni – w przeciwieństwie do tzw. zwykłych ludzi – mogli liczyć na całkiem wygodne życie. Oczywiście, gdzieś na środku tajgi, bez służby, bez blichtru i bez możliwości powrotu do Moskwy czy Petersburga. Jeszcze inni ludzie – polityczni dysydenci i kontestatorzy kościoła prawosławnego – sami szukali tam wolności. Syberia jest daleko od Moskwy i daleko od władzy. To jest właśnie to, co ludzie lubią w Syberii.
Nierzadko podnoszone są opinie, że Syberia jest sercem Rosji, gdzie żyją prawdziwi Rosjanie. Czy rzeczywiście tak jest?
- Niektórzy mieszkańcy Syberii właśnie tak myślą. Rosjanie niekiedy idealizują Syberię, wskazując, że właśnie tam leży serce narodu, że tam ludzie są czyści i niezainfekowani przez Zachód. Ale jednocześnie także gardzą nią. Ja nie przychylam się do żadnej z tych opinii.
Myśli pan, że Rosja, a następnie ZSRR zniszczyły Syberię? Jej kulturę, tradycję, rdzennych ludzi?
- Rdzennych ludzi było na Syberii bardzo mało, ludność w większości jest tam napływowa. Syberia, to nie Ameryka Północna, gdzie byli rdzenni Indianie. Jednak kultura niektórych grup rdzennych mieszkańców rzeczywiście została zniszczona, np. tak się stało z Jugrami. Ich dzieci były zabierane z tajgi do szkół, gdzie poddawano je sowietyzacji i uczono bycia obywatelami ZSRR. Po skończeniu szkoły wracały one do swoich rodzin i były zupełnie wyobcowane. Zostały całkowicie odseparowane od życia, jakie wiedli ich rodzice. Tacy ludzie byli pomiędzy światami, bo nie do końca czuli się też „ludźmi sowieckimi”.
Czy po upadku ZSRR lukę po komunizmie w ”ludziach sowieckich” wypełniła religia?
- Po upadku ZSRR ludzie stracili wiarę w komunizm. Wielu ludzi całe życie służyło ideologii, żyło według schematów, a potem nagle ktoś im powiedział, że ta ideologia jest zła, niedorzeczna, wręcz diabelska. Teraz, kiedy mają stanąć naprzeciw młodszego pokolenia i powiedzieć, ile warte było ich życie, to nie ma się co dziwić, że mogą się czuć paskudnie. Wrócili więc do wiary. Syberia jest jednak tradycyjnie mniej religijna, niż reszta kraju, a zwłaszcza zachodnia część Rosji.
A czy w czasach komunizmu ludzie po kryjomu wierzyli w Boga czy rzeczywiście odrzucili jego istnienie, zgodnie z obowiązującą doktryną?
- Byłem bardzo zdziwiony, ile osób zachowało wiarę. W większości są to kobiety, które zapamiętały modlitwy, dalej żywe są w nich wspomnienia modlących się rodziców. Część z nich ukrywała również przed władzą ikony. Wiara utrzymała się głównie w odizolowanych od świata wioskach. Zburzono tam z polecenia Stalina kościoły, które teraz są odbudowywane, ale ślady wiary widać na cmentarzach. Wielu ludzi zostało pochowanych zgodnie z obrządkiem religijnym. Być może wiedli oni życie komunistów, ale kiedy przyszło do śmierci, przypomnieli sobie o Bogu. Być może chcieli być zapamiętani jako ludzie wierzący.
Zobacz także Podróż koleją? Taki pomysł nie kojarzy się najlepiej z perspektywy brudnych wehikułów czasu, będących w posiadaniu rodzimych spółek kolejowych i przenoszących nas do połowy ubiegłego wieku. Czy ludzie na Syberii tęsknią za Związkiem Radzieckim?
- Tak. Dlatego, że zmiany poszły w złym kierunku. Ludzi, zwłaszcza tych starszych, boli, że Rosja nie jest już potęgą, światowym mocarstwem. Wiedzą, że ich kraj za czasów rządów Michaiła Gorbaczowa i Borysa Jelcyna stracił swoją pozycję w świecie. Właśnie dlatego tak lubią Władimira Putina. Dla nich nie liczy się demokracja, chcą silnego przywódcy.
- Rosjanie oczywiście tęsknią za bezpieczeństwem i komfortem, jaki komunizm im dawał: za bezpłatną edukacją, za bezpłatną opieką zdrowotną i za mieszkaniami. Wiedzieli, że na starość dostaną emerytury, za które będą mogli żyć. A teraz w Rosji emerytura znaczy tyle co nic, tak mało pieniędzy dostają seniorzy. Nic dziwnego, że tęsknią za silną Rosją. Ale gdybyś zapytał ludzi młodych i w średnim wieku czy chcieliby, żeby było tak jak kiedyś, to odpowiedzieliby „nie”.
Czy ludzie na Syberii w ogóle myślą o przeszłości? Czy kiedy jadą koleją transsyberyjską, to przejdzie im przez myśl, że tak na prawdę pod każdym podkładem leży ciało więźnia, który zginął na budowie tego szlaku?
- Rzeczywiście zginęły tysiące więźniów podczas budowy, ale nie wiem, czy oni myślą o tym w ogóle. Zgaduję, że nie. Myślę, że Rosjanie akceptują taki wydatek, jakim jest koszt ludzkiego życia podczas realizacji tak dużych projektów, jak kolej transsyberyjska. I wcale nie chodzi tylko o czasy Józefa Stalina, np. Petersburg został zbudowany dzięki katorżniczej pracy niewolników. Wiele z syberyjskich miast, np. Magadan czy Komsomolsk zostało zbudowanych przez więźniów. Oni także budowali infrastrukturę. Wydaje mi się, że w Rosji nikogo to nie uderza.
A pana to uderzyło?
- Tak, myślę że mnie to dotknęło. Człowiek z Zachodu bardziej się nad tym zastanawia niż ludzie tam mieszkający. Rosjanie żyją po prostu swoim życiem, ciężkim życiem. A ja myślałem bardziej o łagrach i o tym, jak tragicznym miejscem była Syberia. Rosjanie mają inne zmartwienia na co dzień, niż myślenie o przeszłości.
Nie zwracają na nią w ogóle uwagi czy wolą o niej zapomnieć?
- Historię rozpamiętywano na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku, wówczas Rosjanie byli naprawdę tym zajęci. Tzw. głasnost Michaiła Gorbaczowa polegała właśnie na odsłonięciu wszystkich tragedii z przeszłości. Rosjanie mieli jednak już tego dość i powiedzieli: to za dużo. Trzeba wiedzieć, że Rosjanie zostali upokorzeni przez Józefa Stalina. W trakcie jego rządów, nie mogło być mowy o żadnym sprzeciwie. Jednak pokolenie, które to pamięta odchodzi w przeszłość. Nastąpiła zmiana pokoleniowa i ci, którzy kochają Władimira Putina, a jest ich większość, raczej nie będą chcieli się narażać na przeżywanie przeszłości. Najpierw trzeba się z czymś z przeszłości zmierzyć, by móc to odrzucić lub powielić w przyszłości.
Co pana najbardziej zdziwiło podczas podróży przez Syberię?
- To, że łagry zostały po prostu porzucone. Ludzie jej opuścili i zostawili takie, jakie były. Na Zachodzie obozy zagłady albo zostały zniszczone, albo przekształcono je w muzea, by przypominały o horrorze przeszłości. A na Syberii one po prostu są. Jeżeli leżą daleko od ludzkich osiedli i nie zabrano z nich materiałów do budowy nowych budynków, to pewnie będą tak trwać, aż ich nie wchłonie tajga. To niesamowite uczucie, kiedy idzie się przez porzucony łagier: wśród pustych budynków, między płotami z drutu kolczastego, obok pustej budki strażnika, koło porzuconego buta więźnia… Kiedy spacerujesz po Władywostoku, Komsomolsku, Krasnojarsku czy Chabarowsku nie przypuszczałbyś, że takie miejsca mogą nadal istnieć na Syberii. A one trwają już pół wieku. To tak jak podroż w czasie.

Czytaj dalej: 1źródło informacji: INTERIA.PL

Abarth 500, Abarth 500C i Abarth Punto Evo to samochody, które wywołują pozytywne emocje. Teraz Fiat prezentuje nową ofertę pozwalającą poczuć moc turbodoładowanych silników, które „wyszły z warsztatu” inżynierów słynnej sportowej marki z Włoch.

Od początku października 2011 r. samochody marki Abarth będą oferowane w niższych cenach. Decydując się na zakup modeli Abarth 500 (1.4 TurboJet 135 KM) lub Abarth 500C (1.4 TurboJet 140 KM) klient może liczyć na rabat w wysokości 8500 zł – po uwzględnieniu rabatu samochody te kosztują odpowiednio 58 090 zł i 63 090 zł (68 090 zł ze skrzynią automatyczną).

Co potrafią te auta? Silnik 1.4 TurboJet sprawia, że samochód przyspiesza do 100 km/h w 7,9 sekundy. Abarth 500 i Abarth 500C rozpędzają się do 205 km/h. To zasługa funkcji overboost, aktywowanej przy użyciu przycisku „Sport”, która wpływa na mapowanie wtrysku i ciśnienie doładowania, a także usztywnia układ kierowniczy. Silnik spala przy tym 6,5 l/100 km w cyklu mieszanym.

Abarth Punto Evo jest obecnie tańszy o 7500 zł – dzięki temu rasowe auto napędzane 165-konnym turbodoładowanym silnikiem 1.4 MultiAir kosztuje 65 090 zł. Samochód przyspiesza do 100 km/h w 7,5 sekundy i osiąga 213 km/h. Przełącznikiem przy skrzyni biegów można wybrać tryb oszczędny, Normal lub Sport (automatycznie aktywuje blokadę mechanizmu różnicowego TTC – Torque Transfer Control).

W roku 2011 sprzedano ponad 6400 sztuk modeli Abarth 500, Abarth 500C oraz Abarth Punto Evo. Dodając to tego 1300 sprzedanych egzemplarzy Abartha 695 Tributo Ferrari, można z całą stanowczością stwierdzić, że firma od momentu swojej reaktywacji, radzi sobie bardzo dobrze. Dość powiedzieć, że od roku 2008 Abarth odnotowuje ciągły wzrost dzięki dobrze sprzedającym się modelom Abarth Punto oraz Abarth 500 (prawie 36 000 sprzedanych samochodów). Klienci zakupili również około 9000 fabrycznych pakietów tuningowych.

sj

Londyńskie City przeciwne jest zaproponowanemu przez Komisję Europejską podatkowi od transakcji finansowych, tzw. FTT. Rząd Wielkiej Brytanii sugeruje, że musi on obowiązywać globalnie. Podatek popierają brytyjskie związki zawodowe i organizacje dobroczynne.

Kolportowana w City gazeta „City AM” sugeruje, iż stanowisko ministerstwa finansów W. Brytanii jest dwuznaczne. Cytowany w mediach przedstawiciel resortu Mark Hoban sądzi, że „rząd nie jest z zasady przeciwny podatkowi, ale powinien on obowiązywać wszystkich”. W przeciwnym razie odbierze City konkurencyjną przewagę. „Prywatnie przedstawiciele resortu przyznają, że jedynym powodem, dla którego koalicyjny rząd popiera FTT (Financial Transaction Tax) jest to, że (w jego przekonaniu) nigdy nie zyska poparcia centrów światowej finansjery np. Hongkongu, co umożliwi rządowi zajęcie społecznie popularnego stanowiska, ale bez ponoszenia konsekwencji” – zaznacza „City AM”. Wiceprzewodniczący największej organizacji pracodawców CBI Neil Bentley argumentuje na łamach „City AM”, że „FTT miałby studzący efekt dla wzrostu (brytyjskiej) gospodarki”. Większość europejskich transakcji bankowych dokonywana jest za pośrednictwem Londynu. Według niektórych ocen, 80 proc. przychodu z FTT byłoby wygenerowane w City. Propozycje przedstawione w środę przez szefa KE Jose Manuela Barroso przewidują wprowadzenie podatku w wysokości 0,1 proc. od wartości wszystkich transakcji między instytucjami, jeśli przynajmniej jedna ze stron ma siedzibę w UE. od transakcji na instrumentach pochodnych wyniósłby 0,01 proc. Robert Peston z BBC sądzi, że przeciwnikami FTT są przede wszystkim dilerzy i inwestorzy obracający derywatywami i obligacjami, natomiast dilerzy handlujący akcjami nie mają zastrzeżeń, ponieważ stawka FTT jest niższa niż obowiązującego obecnie podatku (tzw. stamp duty). Centrala związkowa TUC uznała zapowiedź wprowadzenia FTT, nazywanego przez nią podatkiem Robin Hooda, „przełomem”. Sekretarz generalny TUC Brendan Barber sądzi, że przychód z podatku, szacowany na 55-57 mld euro rocznie, mógłby zostać spożytkowany m.in. na redukcję deficytu sektora publicznego, walkę z nędzą w świecie i łagodzenie skutków zmian klimatycznych. Wśród korzyści wymienia też „wsparcie zabiegów o zrównoważenie gospodarki (w W. Brytanii sektor finansowy uważany jest za nadmiernie rozrośnięty kosztem innych gałęzi gospodarki, zwłaszcza przemysłu – PAP), premiowanie długofalowych inwestycji (kosztem ryzykownych, krótkookresowych transakcji – PAP) oraz ukrócenie przywilejów podatkowych bankierów”. Organizacja dobroczynna Oxfam, od lat domagająca się wprowadzenia FTT, wskazała, iż przychód z podatku nie może być wykorzystany wyłącznie na wsparcie unijnych budżetów, lecz powinien dopomóc najuboższym krajom świata. FTT musi być przyjęty przez wszystkich 27 członków UE.